Edu Odkrycia Aliny #3 Pułapki poznawcze w edukacji
- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 17 godzin temu

Zebrałam dla siebie i dla Was zestaw mechanizmów, które tłumaczą paradoks obserwowany na naszych zajęciach. Niektórzy studenci są bardzo pewni swojej wiedzy i umiejętności, ale gdy przychodzi chwila próby – plączą się. Inni natomiast, przygotowani i kompetentni, wątpią w swoje umiejętności albo myślą, że ich dokonania są efektem szczęśliwego trafu.
Zacznijmy od niewygodnej prawdy. Nasz mózg często używa sygnałów zastępczych, żeby zmierzyć nasze kompetencje, a w edukacji to zjawisko potrafi nieźle namieszać w głowach.
Pierwsze złudzenie to dzieło heurystyki płynności (fluency heuristic). Czasem zdarza się, że czytamy materiał gładko, dobrze słucha nam się wykładu, temat brzmi znajomo i właściwie całość wydaje się całkiem łatwa. Mózg lubi ten stan, bo płynność odbiera jako sygnał: jestem w tym dobra, mam to opanowane. Problem w tym, że płynność bywa tylko wrażeniem i często wynika z tego, że poruszamy się po torach, które ktoś dla nas ułożył. Dopóki po nich jedziemy wydaje nam się, że wiemy. Jednak gdy ktoś zapyta nas o szczegóły, poprosi o uzasadnienie albo o zastosowanie w innym kontekście, okazuje się, że nie umiemy wydobyć z pamięci nic sensownego. W tym oto momencie mylimy łatwość odbioru z głębokim zrozumieniem.
Ma to związek z innym efektem, czyli iluzją głębi wyjaśnienia (illusion of explanatory depth, IOED). Wielu z nas ma poczucie, że rozumie treści lub mechanizm, dopóki nie musi wyjaśnić go własnymi słowami, opisać jak działa albo przedstawić go krok po kroku. Wtedy często wychodzi, że w naszych głowach pojawił się ogólny zarys, ale nie głębokie zrozumienie. IOED jest podstępne, bo karmi się iluzją – skoro rozpoznaję termin i widzę, że całość składa się w logiczną historię, to zakładam, że zrozumiałam. Niestety rozpoznawać i rozumieć to dwie różne umiejętności. Wszystko powyższe może spowodować poważne dydaktyczne kłopoty. Jeśli uczymy się głównie przez pasywny kontakt z treścią (czytanie, słuchanie, oglądanie), możemy przez długi czas żyć w komfortowej bańce płynności, aż do pierwszej sytuacji, w której trzeba użyć wiedzy w praktyce.
Do tego dochodzi trzeci mechanizm, błąd konfirmacji (confirmation bias), który działa jak wzmacniacz dla naszych przekonań. Nasz mózg nie lubi niepewności, więc często szybko domyka historię na podstawie pojedynczych sygnałów. Jeśli raz się udało, dopowiada: umiem. Jeśli raz się nie udało, szuka wyjaśnienia, które ochroni poczucie sensu. Myśli np. że zadanie było głupie, pytanie podchwytliwe albo – jeszcze gorzej – że ja się do tego nie nadaję. Po chwili wewnętrzna narracja zaczyna sterować naszym postrzeganiem i dalszymi decyzjami.
Błąd konfirmacji potrafi u osób realnie kompetentnych, które mają wysokie standardy i dużą wrażliwość na ocenę utrwalać syndrom oszusta (impostor syndrome), czyli skłonność do podważania własnych kompetencji i przypisywania sukcesów przypadkowi mimo realnych osiągnięć i twardych dowodów.
W efekcie jedna grupa uważa, że już umie i nie musi tego sprawdzać, a druga interpretuje swoje wątpliwości jako dowód, że nie umie. I obie historie są poznawczo kuszące, ponieważ są szybkie, spójne i dają poczucie kontroli. Jedyny problem w tym, że są złudzeniem.
Nie zapominajmy jeszcze o efekcie Dunninga–Krugera. Na wczesnym etapie uczenia często brakuje nam narzędzi meta poznania i kontekstu, żeby trafnie ocenić własne braki. Dlatego też, osoby o słabszych wynikach częściej przeceniają swoje kompetencje. Badacze wyjaśniają, że wcale nie koniecznie oznacza to pychę, ale raczej brak wewnętrznej mapy poznawczej, która wskazuje, czego jeszcze nie umiemy. Taką mapę w sposób naturalny budujemy sami, gdy dowiadujemy się na dany temat więcej.
I na koniec możemy zetknąć się ze zjawiskiem klątwy wiedzy (curse of knowledge). Kiedy jesteśmy ekspertami w jakieś dziedzinie, wiedza staje się intuicyjna, kroki zlewają ze sobą, a my przestajemy dostrzegać oczywistości. W efekcie tłumaczymy skrótami, pomijamy podstawy, przeskakujemy etapy albo używamy terminów, które dla nas są naturalne, a dla początkującego brzmią jak język obcy. Im większe mistrzostwo, tym większe ryzyko, że nie zobaczymy pierwszego schodka, na którym potyka się student.
Zgodzicie się pewnie, że czasem na zajęciach można spotkać wszystkie te mechanizmy naraz, a nawet samemu wpaść w pułapkę własnych złudzeń. Co wtedy zrobić?
Kilka dydaktycznych pomysłów, jak z tego wybrnąć:
Heurystyka płynności. Po każdym fragmencie materiału warto przerwać czytanie lub słuchanie i poprosić studentów o szybkie wydobycie treści z pamięci. Pomocnicze polecenia to np.: zapisz 3 kluczowe tezy, narysują prosty schemat albo podaj dwa własne przykłady.
Iluzja głębi wyjaśnienia. Regularnie proś o wyjaśnienie mechanizmu krok po kroku własnymi słowami.
Błąd konfirmacji. Zanim studenci zaczną pracę nad zadaniem, warto podać im kryteria jakości. Najprościej zrobić checklistę, np.: dobra odpowiedź zawiera definicję, warunek brzegowy, przykład oraz kontrprzykład.
Efekt Dunninga–Krugera. Po wykonaniu zadania dobrze jest pokazać mapę kolejnych poziomów lub zagadnień dla osób zaawansowanych, bez niej osoby na wczesnym etapie nie mieć odpowiedniego punktu odniesienia. Pomocna może okazać się też dobrze skonstruowana ankieta samooceny.
Syndrom oszusta. Pomaga zapisanie rzeczy, którą student zrobił dobrze i tych, którą poprawi w kolejnej iteracji, aby sukcesy stawały się widoczne i nazwane.
Klątwa wiedzy. Dobrą praktyką jest rozbijanie rozwiązań na jawne mikrokroki i świadome dopowiadanie podstawowych pojęć, które dla eksperta są już oczywiste. Pomaga też tzw. „test babci”, czyli próba wytłumaczenia tematu prostym językiem, ale bez szkodliwych uproszczeń.
Autorką artykułu jest Alina Guzik








Komentarze